Teatr Studio z Warszawy

Rok Magicznego Myślenia

Ewa Błaszczyk

30 kwietnia 2010
godz. 19:00
Sala Art Studio, ACK Chatka Żaka

Podstawowym wątkiem dramatycznym Roku magicznego myślenia jest specyficzna walka, jaką skłonna do kontrolowania siebie i innych psychika bohaterki toczy z rzeczywistością, nie przyjmując do końca nieodwracalności faktów, z którymi ma do czynienia. Sugestywna i żywa proza Didion, będąca rodzajem autoanalizy, a zarazem ostatnią deską ratunku wobec niemożliwego dla niej do przełknięcia poczucia bezradności, jest próbą podzielenia się z widzem tym, co wydaje się nieprzekazywalne, próbą znalezienia partnera - wspólnika. Ów aktywny charakter monodramu, jego bezpośredniość, prosta i operująca konkretem narracja, nadaje mu duży walor sceniczny, stanowiąc znakomity materiał dla aktorskiej i egzystencjalnej wypowiedzi.

Historia powstawania tego niewielkiego przedstawienia jest tak znacząca, że aż godna przytoczenia. "Życie zmienia się szybko. Życie zmienia się w jednej chwili. Siadasz do kolacji i życie, jakie znasz, kończy się. Pozostaje kwestia żalu nad sobą” – zapisała amerykańska pisarka Joan Didion we własnym pamiętniku, a potem w sztuce „Rok magicznego myślenia” na nim opartej. Ewę Błaszczyk zainspirowało ostatnie z cytowanych tu zdań – brzmiąca enigmatycznie, bo każąca wypełnić się sobą „kwestia żalu nad sobą”. Nie było jeszcze polskiego tłumaczenia utworu, więc dotarła do oryginału. Potem skontaktowała się z autorką i reprezentującą jej interesy nowojorską agencją. Jej macierzysty teatr – warszawskie Studio – uzyskał prawa do wystawienia tekstu, który dzisiaj jest już legendą.

Zawdzięcza to inscenizacji w londyńskim Royal National Theatre, uważanej za jedną z najważniejszych w ostatnich latach. „Rok magicznego myślenia” zagrała w nim Vanessa Redgrave. Jej rolę – do ostateczności skupioną, krańcowo powściągliwą – zgodnie uznano za arcydzieło. W Polsce kreację Redgrave niektórzy znają z opowiadań. Ewa Błaszczyk, zdając sobie sprawę z niewiarygodnej skali trudności aktorskiego zadania, przystępowała więc do pracy bez obciążeń odnoszenia się do postaci, jaką stworzyła wielka brytyjska aktorka. W jej przypadku rzecz jest zresztą dużo bardziej skomplikowana. Ewa Błaszczyk – nie jest to żadną tajemnicą – znalazła w sztuce Didion własną historię.

Dlatego wieczór w Studio jest zdarzeniem niecodziennym. Teatr i życie zwykle chodzą własnymi drogami, z rzadka na krótką chwilę się spotykając. W „Roku magicznego myślenia” jest inaczej. Oto amerykańska pisarka, z powodów zapewne czysto ludzkich, postanowiła przeobrazić w sceniczną opowieść własne doświadczenie. Może chodziło o to, by ból po odejściu męża, zrodzony także z bezradności wobec choroby córki, zagłuszyć na ile to w ogóle możliwe energią tworzenia. Nie chcę nazywać tego autoterapią – to nie byłoby w porządku. Kiedy z niewielkiej sceny w Malarni Teatru Studio padają słowa Didion, wiem na pewno, że autorka od własnego bólu przechodzi do opisu traumy, która mogła stać się udziałem każdego. Moim lub Waszym. I Ewy Błaszczyk, która słowami Joan Didion mówi także o sobie.

Wielkie wrażenie robi asceza tego wieczoru na przecięciu teatru i życia. Malarnia Teatru Studio – kilka rzędów widowni, zajmowanych przez ludzi, widzę to po ich twarzach, zajmowanych przez ludzi, którzy nie przyszli tu przypadkiem. Na trzecim czy czwartym spektaklu jest ich, niestety, niewielu, bo może tylko tylu jest gotowych przyjąć zaproszenie do tak poważnej rozmowy. A jednak już po pierwszych minutach seansu wiem, że i tylu wystarczy. Ewa Błaszczyk chce bowiem, żeby teatr był spotkaniem. Intymnym zwierzeniem, wypowiadanym najczęściej półgłosem. Do tego (wiem, że to zabrzmi jak banał) wystarczy tylko dwoje ludzi. Tak czy inaczej – jest uczciwie.Scena ciemna i pusta. Zamiast dekoracji – jedno drewniane, najbardziej zwyczajne krzesło. Tylko tyle. Aktorka decyduje się na najtrudniejszą próbę, bowiem odbiera sobie szansę zajmowania uwagi publiczności czymkolwiek innym poza swą opowieścią. Zero podpórek, brak możliwości wsparcia słów czymś innym poza urwanym w powietrzu gestem, modulacją głosu, grymasem twarzy. Teatr nieubłagany w swej prostocie. Po „Roku magicznego myślenia” Ewy Błaszczyk, po niedawnych „33 scenach z życia” Małgorzaty Szumowskiej zyskuję pewność, że o śmierci i sprawach najtrudniejszych warto mówić tylko tak. Nie rozwadniając tematu sztuczną efektownością środków, zdając relację z własnej bezradności, bez szukania górnolotnie brzmiących usprawiedliwień. Jest jak jest – od śmierci nie ma ucieczki. Relacja zaś powinna być być chropawa, ostatecznie sucha. Jak w „Roku magicznego myślenia”.

Jest zatem tylko Ewa Błaszczyk. W nienagannie skrojonym kostiumie w stonowanym szarym kolorze mogłaby brylować w nowojorskich salonach. Teraz zostaje sama z koniecznością mówienia o sobie. Ma do swej dyspozycji prawie tylko słowa. Prawie, bo jeszcze czasem pociągnięcie nosem, jakby powstrzymywała łzy. Na łzy tu jednak nie miejsca. Oczy zostaną prawie cały czas idealnie suche. Prawie, bo raz czy dwa pojawi się jedna łza. Jakby aktorka odbierała sobie i widzom prawo do współczucia.„Rok magicznego życia” to teatr krystalicznie czysty. Głos Ewy Błaszczyk brzmi dźwięcznie, ale i w nim trudno odnaleźć jakiekolwiek ozdobniki. Mąż zmarł, córka pogrążyła się w śpiączce. Joan Didion i Ewa Błaszczyk postanowiły o tym opowiedzieć. Słyszymy zatem o tym, że na coś podobnego nie można się przygotować, a potem nie da się tego zaakceptować. Wymienione zostają podawane córce leki. Wypunktowana najmocniej jak tylko można zostaje samotność bohaterki – nawet wśród ludzi. W godzinnym przedstawieniu nie niczego, co pozwalałoby na wytchnienie. Od razu zostajemy postawieni wobec ostatecznego.

Teatr nie daje drogi wyjścia, a jednak spektakle osobnej sceny Ewy Błaszczyk nie pozwalają na pogrążenie się w smutku. Bodaj rok temu pokazała w tym samym miejscu monodram „…nawet, gdy wichura”, przekonując, że po każdej nocy przychodzi ranek. „Rokiem magicznego myślenia” udowadnia, że od pogrążenia się w rozpaczy też jest ucieczka – w życie. Że trzeba żyć i pracować – jak postaci u Czechowa. Szalenie imponuje mi postawa aktorki, właśnie takie pojmowanie swego trwania w sztuce.